niedziela, 8 marca 2015

Competitions in weekend!

Sobota. Budzę się rano przed ósmą, w tym samym pokoju co ja siedzi mój tata i dziadek. Przez chwilę nie mam pojęcia co jest grane, aż sobie przypominam. Zawody! Niemal czuję jak moje tętno przyspiesza, a w głowie zachodzi dziwne zjawisko, której wynikiem jest stres. Najpierw niewielki, ale z każdą minutą stawał się co raz gorszy do zniesienia. W każdym razie ten post nie ma opowiadać o mojej okrutnej tremie, tylko o niezwykle przystojnym chłopaku, który ustawiał parkur*...


Stałam w niewielkiej, ale jednocześnie wystarczająco dłużej hali, opierając się o półścianek oddzielający mnie od kilkumetrowego placka jasnego, wilgotnego piasku, po którym chodziło parę osób i roznosiło kolorowe przeszkody. Wyróżniałam spośród nich mojego trenera i jego syna, a także pana Ziółę - organizatora zawodów. Reszta osób maszerujących po pomieszczeniu była mi obca. Moją uwagę od razu przyciągnął jednak niewysoki chłopak ubrany w szarą bluzę i brązową, puchową kamizelkę. Nie widziałam go po raz pierwszy. W sumie, to można by powiedzieć, że już bardzo dobrze go znałam. Poznałam go (ale tylko z wyglądu) dwa tygodnie temu, kiedy to debiutem byłam na zawodach w tym samym miejscu, on jednak nie zwracał na mnie uwagi, co doprowadzało mnie do wewnętrznego szału. Tym razem jednak miało być inaczej, a w każdym razie ja sobie tak obiecałam.
Wodziłam oczami za chłopakiem, kiedy stał, kiedy nosił niezwykle ciężkie drągi, kiedy przestawiał stojaki, kiedy rozmawiał z innymi, kiedy się śmiał w cudowny sposób, a także kiedy mnie ignorował. Opuszczałam wzrok zawstydzona jedynie wtedy, kiedy on spoglądał na mnie swoimi ciemnymi oczami leżącymi pod idealnie przyciętą grzywką stworzoną z niezwykle lśniących, brązowych włosów. Jego chwila uwagi, którą mnie zaszczycał nie trwała jednak długo, a dokładniej to jakieś... parę sekund. w idealnym czasie, który jeszcze nie mógł być uznawany za zbyt długi, ale także nie na tyle krótki, żeby zaliczyć go do przypadkowego. Za każdym razem mieścił się w czasie przyzwoitych trzech sekund. Nie mniej, nie więcej. To było okrutne, ale też niezwykle intrygujące. Właśnie ten (mam nadzieję, że tylko udawany) brak uwagi tak bardzo mnie w nim urzekał, że musiałam się dowiedzieć kim tak właściwie on był. Dobrze się akurat składało, że trwały zawody. Na listach startowych musiało być jego nazwisko.
Do dość długich zapisów, w których znajdowali się wszyscy uczestnicy konkursu dorwałam się dopiero po południu. Przed tym zdążyłam wykonać dwa przejazdy przez parkur oraz zjeść obiad, po którym ponownie powróciłam na zawody, żeby zobaczyć jak jeżdżą inni zawodnicy. Los tak chciał, że wpadłam do hali akurat w momencie, kiedy to tajemniczy brunet skakał na swoim koniu. Nie zdołałam niestety wyłapać jego nazwiska pośród szumu rozmów i głośnej muzyki, ale za to wiedziałam kto jechał po nim. Był postęp.
Już dwie godziny później wiedziałam, że miał on na imię Kuba i zaprosiłam go do znajomych na Facebooku, ale jak to ja musiałam upewnić,  że on to na pewno on. Na całe szczęście był tam ze mną Alan - dziesięcioletni syn trenera. Spróbowałam więc nie wzbudzając żadnych podejrzeń wyciągnąć od niego potrzebne informacje. Nie jestem pewna, czy spowodował to mój urok osobisty, umiejętność wykwalifikowanego posługiwania się słowami, czy może jeszcze dość młody wiek chłopaka, ale bez problemu potwierdził moje przeczucia, a mianowicie miałam rację. To był Kuba.
Tego dnia zasnęłam zastanawiając się, czy jutro uda mi się z nim w jakiś sposób porozmawiać i czy wreszcie zaakceptuje moje zaproszenie.

Niedziela.
Nazajutrz obudziłam się o podobnej godzinie, ale długo nie czułam się na siłach, żeby wstać z ciepłego łóżka i stanąć naprzeciw całego dnia, który na mnie czekał. Z jednym otwartym okiem rozejrzałam się po pokoju. Był dość duży jak na pomieszczenie tylko do spania, miał aż 4/7 metrów. Wcześniej, kiedy byłam tylko z tatą, to nasz pokój przypominał bardziej małą klitkę, do której nie wiadomo po co wciśnięto dwa łóżka i ogromną szafę. Tym razem również stać nas było na luksus śmietnika, który stał tuż pod naszymi drzwiami. Przynajmniej nie trzeba było iść daleko, żeby cokolwiek wyrzucić.
Kiedy już poczułam moc, która pozwoliła mi na powolne wysunięcie się spod kołdry, wzięcie ubrań i przetoczenie się do łazienki. Kiedy wyszłam na korytarz uderzyła mnie okropna woń psa, a może wielu psów... W każdym razie musiałam zatkać nos, żeby powstrzymać odruch wymiotny. Ja sama mam dwa psy, ale one tak nie śmierdzą. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. W łazience niestety było niewiele lepiej, chociaż tam zapach rozkładającego się grzyba, który musiał zalegać gdzieś głęboko w wentylatorze był dziesięć razy lepszy od tego, co działo się na zewnątrz. Zapomniałam przecież wspomnieć, że w czasie, kiedy trwały zawody, to na reszcie terenu odbywały się wystawy psów. Tam tych zwierząt było więcej niż ludzi! Już dawno nie widziałam takiej imprezy. W każdym razie, kiedy już udało mi się powrócić do pokoju, to okazało się, że musimy szybko pędzić do stajni, bo za chwilę zaczyna się konkurs. Cała nasza trójka pomknęła pędem do koni, gdzie swoją Florin szybko wyczyściłam i osiodłałam.
Już siedząc na swojej klaczy wjechałam na rozprężalnię. Wykonałam tam wszystkie potrzebne ćwiczenia, wjechałam na parkur, przejechałam go dwa razy i otrzymałam za to pierwsze miejsce. Okazało się, że klasa jaką jechałam była konkursem na szybkość i go wygrałam przez zupełny przypadek. Z powrotem w drugiej hali spotkałam Kubę, a raczej tylko go zobaczyłam jak jechał na siwym koniu, którego skądś znałam... Okazało się później, że chłopak ujeżdżał wałacha**, na którym ćwiczyłam dokładnie pół roku temu. Przypadek?
Niestety tego dnia również nie udało mi się wymienić z nim nawet słowa, co jest okrutną prawdą, ale to na pewno jeszcze się zmieni! Musi się zmienić. Za to w moim aparacie spokojnie zalega minutowy film, na którym brunet jedzie zawody na siwku o imieniu Hektor. Jakie to szczęście, że mój kochany tata to nagrał, chociaż w ogóle go o to nie prosiłam.

*ogrodzony plac na świeżym powietrzu lub w hali, na którym ustawia się kilka lub kilkanaście przeszkód, które koń i jeździec muszą pokonać w określonej kolejności i czasie.
**wykastrowany ogier
___________________________________
Ja wiem, że ten post nie jest tak ciekawy jak ostatni... Myślałam, że wyjdzie mi to lepiej (w szczególności przez ten początek), ale jakoś tak się zrobiło, że chciałam dzisiaj to skończyć, żeby jutro wreszcie zacząć dodawać posty po kolei, a nie w odstępach na parę dni.
W każdym razie tak jak ostatnio zapraszam do komentowania, bo bardzo to motywuje, czytania poprzednich notek, a także tych co pojawią się później i do obserwowania bloga, dzięki czemu będziecie się dowiadywać o następnych postach od razu jak tylko się pojawią.

Cześć i czołem!

sobota, 7 marca 2015

My normal (first) day!

Oto jest historia mojego życia z dzisiejszego (no w sumie, to z środy, tylko tak długo to pisałam) dnia. Ja wiem, że jest ona nieprawdopodobna i pewnie myślicie, że to wszystko tylko sobie wymyśliłam, ale moje życie po prostu takie jest - wielką kupą niezrozumiałych wydarzeń i dziwnych urywków skleconych razem w jedną całość. No cóż... po prostu czytajcie dalej.


Obudziłam się niezwykle późno, bo dokładnie o godzinie 7:41. Pamiętam dokładnie jak z niedowierzaniem spojrzałam na zegarek, po czym niczym z procy szybko wyskoczyłam z łóżka i pędem pobiegłam do łazienki. W pośpiechu przemyłam twarz i rozczesałam włosy. Nie było normalne wstawanie o tej godzinie, bo zazwyczaj z domu wychodziłam o 7:45, żeby na czas dojść do szkoły. Niemal nie miałam szans, żeby znaleźć się w szkole przed nauczycielem, ale musiałam spróbować. W domu panowała zupełna cisza. No tak, matka już wyjechała, a ojciec jeszcze spał.
Wpadając do pokoju z jedną nogą w spodniach i koszulką przewieszoną na szyi, spojrzałam na plan lekcji wiszący na tablicy korkowej. Po chwili zastanowienia i jednoczesnego wgapiania się w kartkę wykonałam popularny gest nazywany "Face palm". Uderzyłam się w głowę rozwiniętą ręką. Po pokoju rozległo się głośne plasknięcie, na które podskoczyłam z wrażenia. No tak, przecież dzisiaj zaczynałam lekcje godzinę później. Zmęczona opadłam na łóżko i zamknęłam oczy. Pod wpływem jeszcze ciepłej kołdry i miłego w dotyku koca poczułam dziwną senność.
Gdy moje powieki podwinęły się do góry ujrzałam na zegarze godzinę 8:30. Dziwne, że czas minął tak szybko... Przecież zdrzemnęłam się maksymalnie na trzy minuty!
Jednak nie było mi dane dłużej nad tym rozmyślać, bo ponownie musiałam spieszyć się do szkoły. Szybko zjadłam śniadanie (stworzone z dwóch kawałków bułki z szynką), umyłam zęby i wyszłam z domu zapinając jednocześnie kurtkę. Ślimacząc się do szkoły czułam jak zimny wiatr smaga mi już na pewno czerwone poliki, a malutkie drobinki prawie-wiosennego śniegu obijały się o moją twarz wywołując delikatne pieczenie.
Sama droga do rejonowego gimnazjum nie było w żadnym stopniu ciekawe. Może jedynie śmieszny był o chłopak idący przede mną i co chwilę się odwracający w moją stronę. Nie mam pojęcia dlaczego...
Dopiero gdy od ogromnego szklanego wejścia do szkoły dzieliło mnie niespełna parę metrów ujrzałam dwie niewysokie dziewczyny idące w moją stronę. Jedna była dość pulchną blondynką w kolorowej kurtce, a druga miała trochę ciemniejsze, rudobrązowe, kręcone włosy, a na jej niezwykle szczupłym ciele leżał ciemny płaszczyk. Rozpoznałam je od razu, a widok ich razem wywołał w mojej głowie (i na twarzy pewnie też) efekt "WOW". Momentalnie przyspieszyłam kroku mając jednocześnie nadzieję, że Jessica i Natalia - bo tak miały na imię, dziwne, że jeszcze tego nie napisałam... - mnie nie dogonią i najlepiej w ogóle nie zauważą. Widziałam jak podnoszą jednocześnie wzrok, prosto na mnie i już zaczynały podnosić ręce, żeby mi pomachać, albo powiadomić, żebym się zatrzymała i na nie zaczekała. O nie! Nie dałam się tak łatwo! Szybko opuściłam głowę, naciągnęłam czapkę na oczy i popędziłam w stronę szklanych drzwi. Będąc już w środku minęłam woźnego i dwie sprzątaczki, eee... Panie Sprzątające, mrucząc ciche "Dzień Dobry". Wtedy jedna z nich spojrzała na mnie z dezaprobatą, potem na moje zabłocone buty i zaczerwienioną twarz, znowu buty i odwróciła wzrok. Uśmiechnęłam się lekko widząc jej zdekoncentrowany i rozbiegany wzrok, po czym skierowałam się w stronę trzech dwóch dziewczyn stojących przy szafkach. Były to Aga i Marika. Pierwsza z nich była niewysoką brązowooką brunetką o ciemnych, kręconych włosach upiętych w wysoki koński ogon. Jedynie grzywka ułożona w równomierne fale została wyciągnięta z kitki i wylądowała za jej uchem. Druga z nich miała o odcień jaśniejsze włosy, zapięte w niemal identyczną fryzurę, ona jedynie nie miała grzywki. Jej na pewno nie można było nazwać niską...
W każdym razie przywitałam się z nimi i zdjęłam szybko zimowe ubrania, ubrałam trampki i wepchnęłam książki od angielskiego do plecaka, który już po chwili wylądował na moich ramionach. Po korytarzu rozbrzmiał głośny dzwonek. Wszyscy uczniowie stłoczyli się na schodach, żeby przepchnąć się na piętro.
Pierwszą lekcją był właśnie język angielski. Przed salą napotkałam Anię - dość wysoką brunetkę (albo ciemną blondynkę, jak kto woli), której włosy były bardzo długie i proste jak druty. Zawsze były one związane w niewysoką kitkę i przerzucone przez prawe ramię. Jak to zwykle bywało przywitała się ze mną krótkim "Dzieboby" i weszłyśmy razem do sali lingwistycznej. Dzisiaj mieliśmy robić... no w sumie, to i tak nic nie robiliśmy bez względu na to co było zadane. Usiadłyśmy więc na trzecim oraz czwartym krześle (bo wszystkie ławki były ułożone w charakterystyczne "U") i zaczęłyśmy rozmowę na kompletnie nieważne tematy. Już nie pamiętam do końca co dokładnie omawiałyśmy, ale na pewno znajdował się tam temat Huberta i Olafa, w których Anna była nieszczęśliwie zakochana (wiem, że dziwne jest to, że kocha się jednocześnie w dwóch chłopakach, ale czy ja napisałam, że ona jest normalna?).
W pewnym momencie, który wypadał jakoś pod koniec lekcji za oknem, które było tuż za Kacprem i Kacprem, którzy siedzieli przed nami, ujrzałam człowieka, który chodził sobie spokojnym krokiem po dachu największego budynku w naszej miejscowości. Nie będę podawała nazwy dla utrzymania chociaż najmniejszej anonimowości. Tak więc zobaczyłam go i szturchnęłam Ankę w ramię. Wydała z siebie dziwny jęk, który miał chyba brzmieć jak "Ała, nie w szczepionkę!" i spojrzała na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem. Wskazałam jej głową dziwną sytuację odbywającą się za oknem. Zaczęłyśmy oglądać zaistniałą scenę nie zwracając w ogóle uwagi na nauczycielkę próbującą uciszyć harmider panujący w sali.
W pewnym momencie obok pulchnego mężczyzny w niezwykle grubej kurtce pojawił się smukły, wysoki chłopak. Ten grubszy nie miał pojęcia co nieznajomy robi w tym miejscu (to w każdym razie wyczytałam z jego postawy, która ciągle była okrągła i nieporuszająca się). Chudzielec podszedł do niego bliżej, coś powiedział, a może nawet krzyczał. Gruby (sorry za określenie, po prostu nie chcę się powtarzać, a zabrakło mi słów) zaczął się cofać, a chudy szedł przed nim wrzeszcząc wiązankę przekleństw i niecenzuralnych słów. W pewnym momencie stanęli już tuż tuż przy krawędzi dachu. Niski mężczyzna obejrzał się za siebie i lekko się zachwiał widząc jego aktualną odległość do ziemi. Bał się. Widać to było po tym, jak stał prosto wypinając swój ogromny brzuch przed siebie. Wyobrażałam sobie jego błagalny wzrok i później groźne oczy chłopaka stojącego przed nim. Wtedy niemal jak w zwolnionym tempie chudzielec podniósł ręce i oparł je na ramionach drugiego mężczyzny. Wydawało się, że za chwilę pociągnie go w swoją stronę, żeby tylko przypadkiem nie spadł. Tak, wydawało się. Oglądałam dokładnie, klatka po klatce jak mężczyzna jest lekko popchnięty, jego noga zsuwa się z dachu, za raz po niej druga i spada. Spada, spada i spada. Leci tak jakieś 30 metrów, aż z głośnym hukiem (tak myślę, bo przez grube okna nie było nic słychać) upada na ziemię. Przez chwilę nic się nie dzieje. Patrzę w bok na Anię. Siedzi z otwartymi ustami, powstrzymując krzyk. Rozglądam się na około, wszyscy (oprócz Kacpra, który akurat spał) mają okrągłe z przerażenia oczy wlepione w leżącego na betonie mężczyznę. Nauczycielka odetchnęła z ulgą widząc, że wszyscy są cicho. Dopiero wtedy orientuje się, że coś jest nie tak. Spojrzała za okno i zaczęła krzyczeć z przerażenia. Wrzeszczała tak parę minut, aż cała klasa się na nią gapiła. Dopiero wtedy z rozbieganym wzrokiem się uciszyła. W klasie zapanowała grobowa cisza. Hmmm... Dobrze ujęte, dosłownie "grobowa".

Cała afera zakończyła się dopiero jakieś cztery godziny później. Pomimo, że już cała szkoła wiedziała co się stało i niemal wszyscy uczniowie pchali się drzwiami i oknami, żeby cokolwiek zobaczyć, to nauczyciele wraz z dyrektorem ogarnęli sytuację. To jednak nie zmieniało faktu, że spod moich powiek nie chciał się usunąć obraz pulchnego mężczyzny obracającego się w powietrzu, aż uderza w ziemię. Mój humor poprawiały jednak przyjaciółki, które zawsze potrafiły wywołać uśmiech na twarzy.
Na długiej przerwie, która trwała całe 25 minut siedziałyśmy razem pod salą i rozmawiałyśmy na temat Huberta, który siedział po drugiej stronie korytarza. On, niczego nieświadomy rozmawiał sobie spokojnie z kolegami, a my denerwowałyśmy Anię proponując jej, żeby się do niego dosiadła. Kiedy zaczęłyśmy ją ciągnąć do niego za ręce i nogi, to usiadła na samym końcu długiego hallu i odwróciła się do nas plecami. Wtedy nauczycielka zapytała się nas, czemu ją denerwujemy. Opowiedziałyśmy jej więc o tym, jak Anka zakochała się w brązowowłosym, o niecały rok od niej młodszym Hubercie, który tego nie wie. Kobieta zaproponowała nam ze śmiechem, żebyśmy wyłożyły mu tą sprawę prosto, nie owijając w bawełnę. Miałyśmy do niego podejść i powiedzieć wskazując na Annę: "Ta dziewczyna za tobą szaleje i chce się z tobą umówić, nie zmarnuj tej szansy". Okazało się jednak, że żadna z nas nie ma takiej odwagi, żeby podejść do całej grupy nieznajomych chłopaków, wyłapać jednego z nich i zrobić mu tak zwaną "siarę". Zatrzymałyśmy więc Mateusza - wysokiego, czarnowłosego chłopaka z jego klasy. On oczywiście bez żadnego problemu zgodził się nam pomóc. Szybkim krokiem ruszył z stronę Huberta otoczonego kolegami, powiedział mu to, wymienili jeszcze parę zdań, po czym odszedł prosto w naszą stronę. Za nim brunet wołał jeszcze coś w stylu "Tylko jej tego nie mów!". Oczywiście my już wiedziałyśmy o to chodzi...
Pierwsze pół lekcji nawoływałyśmy Huberta, ale on umiejętnie nas ignorował, do czasu, kiedy podeszli do niego Mateusz i jakiś drugi chłopak i przenieśli go bez żadnego problemu obok Ani. Brunet nie wyrywał się. Możliwe, że nie miał siły, albo stwierdził, że nie miałoby to żadnego sensu i wyglądałby głupio, ale tylko jak położyli go na ziemi, to wracał na swoje dawne miejsce. To jednak nie miało sensu, bo od razu przynosili go z powrotem. W pewnym momencie po prostu postawili go przed dziewczyną, a kiedy próbował zawrócić, to odwracali go, co spowodowało, że biedny chłopak kręcił się w kółko niczym bumerang mówiąc ciągle "Cześć i pa". Wyglądało to przekomicznie, w szczególności, że Ania z ledwością powstrzymywała śmiech i z każdą minutą robiła się co raz bardziej czerwona.
Huberta w spokoju zostawili dopiero gdy rozbrzmiał dzwonek, ale to jeszcze nie był dla niego koniec atrakcji na dzisiaj. Dwie godziny później, tak jak my (a dokładniej, to tak jak ja i Anna, a Aga i Ala po prostu czekały na naszym WF-ie). Wiem, że uznacie to za mobbing i może to było właśnie tym, ale my zrobiłyśmy to tylko i wyłącznie w imię miłości! A mianowicie, to poszłyśmy za Hubertem do jego domu. Układ był taki: my wrzeszczymy do niego i nawołujemy goniąc go przy okazji, a on nas skutecznie ignoruje i idzie trochę szybszym tempem niż zwykle. Spokój dałyśmy sobie przechodząc przez most, który już i tak był wystarczająco daleko. Głośno wykrzyczałyśmy mu pozdrowienia od Ani (bo ona była zbyt zawstydzona, żeby iść z nami) i zawróciłyśmy.

Będąc już w domu rozmawiałam na czacie z Mariczką, Agą, Anią, Alą i Mateuszem. Tak właściwie, to Mateusz pisał niewiele, a Marika w ogóle się nie odzywała... Nie wiem dlaczego. Tak więc wraz z dziewczynami o imionach na "A" rozmawiałyśmy o tym, co się działo tego dnia i opowiedziałyśmy Ance, co się działo po wyjściu ze szkoły. W pewnym momencie w jakiś nieokreślony sposób (przez Annę) do rozmowy dołączył Hubert. Niestety nie miał najwidoczniej ochoty na miłą konwersację z trzema dziewczynami, które go napastują i co chwile się usuwał, co powodowało ponowne dodawanie go do czatu. Wreszcie stwierdziłyśmy, że na dzisiaj wystarczy i dałyśmy mu spokój. Przynajmniej (jak na razie) niech ma spokojną noc, żeby mógł się wyspać na kolejną dawkę żartów ze strony czterech niezwykle dziwnych drugoklasistek.

____________________________________________________
Tak właśnie w ciągu trzech dni powstała pierwsza notka na bloga! Juhu!
Mam nadzieję, że kolejne dni z mojego niezwykle barwnego życia pojawią się już niedługo, bo w sumie już zabieram się za opisywanie soboty, będzie się działo!

Niestety notki nie będą dotyczyły wszystkich dni po kolei, bo czasem (tak jak teraz) środa jest dodawana w sobotę, bo wcześniej nie miałam wystarczająco dużo czasu na opisanie całego dnia. Tak więc oczekujcie następnych niefortunnych zdarzeń, komentujcie w najbardziej dziwny i trafny sposób jaki tylko przyjdzie wam do głowy i czytajcie to, co się będzie tu pojawiało, bądź już się pojawiło.


Cześć!

wtorek, 3 marca 2015

Witajcie wszyscy!

Tradycyjnie zacznę od przedstawienia się, co myślę, że nie zajmie dużo miejsca.

Jestem niebieskooką, wysoką blondynką, która ma ogromne aspiracje do stworzenia własnego bloga, lecz jej zapał jest zwyczajnie słomiany.
A to właśnie jestem ja...
Na samym początku miałam okropną chęć stworzenia własnego vloga i nagrywania filmów na youtube, ale nic z tego nie wyszło. Zaczęłam więc tworzyć własne blogi, o których zapominałam po paru dniach. Mam szczerą nadzieję, że tym razem będzie inaczej i nareszcie zacznę pisać jak człowiek i przestanę przerywać w połowie, bo mi się znudziło. Oczywiście mile widziana jest jakakolwiek motywacja od czytelników (czyt. komentarze, obserwacje), ale ja nie nalegam...

Ten blog jest przeznaczony do opisywania mojego (nie)zwyczajnego dnia. Nie będzie to jednak taki nudny pamiętnik, w którym bym się rozpisywała jak to kogoś kocham, ochy i achy! Mam zamiar popisać się swoją umiejętnością lawirowania literami wokół was wszystkich i zwinąć do siebie przy okazji jak najwięcej osób, które klikną magiczny przycisk "obserwuj". Żeby to tylko nie okazał się oklepany, nudny i okropny pomysł...



Tak więc to chyba byłoby tyle. Może jeszcze kiedyś napiszę coś konkretniejszego.


Już nie będę pisać, że zapraszam do komentowania, bo to chyba jest oczywiste.


 

Typowo nietypowy lajfstajl Template by Ipietoon Cute Blog Design and Homestay Bukit Gambang